Wykład prof. dr hab. Jacka M. Majchrowskiego z Uniwersytetu Jagiellońskiego
na temat sukcesji prezydenckiej na obczyźnie, wygłoszony w dniu 8 maja 1999 r.
na zjeździe Bractwa Orderu Świętego Stanisława w Krakowie

Panie Prezydencie, Wielce Szanowni Państwo!
Czuję się nieco skrępowany mówiąc o rzeczach, które ja znam z literatury i ze źródeł, natomiast Pan Prezydent w większości z autopsji. Będzie to więc zetknięcie tego jak to było naprawdę, z wiedzą jaką można uzyskać w oparciu o materiały źródłowe. Historia uczy, że jest to czasami wiedza bardzo różna.
Bardzo różna nie tylko ze względu na zawodność i niekompletność materiałów, ale z tego względu, że każdy ma swoją optykę widzenia i tak będzie postrzegał dany problem, jakim chce go zobaczyć.
Chciałem Państwu dzisiaj powiedzieć parę słów o tym, co nazwałem w sposób umowny "kwestią sukcesji prezydenckiej na obczyźnie". Jest to problem bardzo skomplikowany i w zasadzie można powiedzieć, nie prezentowany w literaturze polskiej. Jeżeli Państwo weźmiecie, obojętnie jaki podręcznik dotyczący historii ustroju naszego kraju, to zobaczycie, że ten wywód idzie w zasadzie począwszy od osiemnastego do trzydziestego dziewiątego roku, potem jest wspominane, że była wojna, i potem omawiane są władze na terenie ziem polskich. Natomiast trzeba mieć świadomość tego, obojętne z jakiego punktu na to
patrzymy i obojętne jak to z politycznego punktu widzenia oceniamy, że te władze polskie po 1939 r. szły niejako dwoma torami. Mówię "niejako dwoma torami", bo należałoby w zasadzie powiedzieć, że "przynajmniej dwoma torami". Ale do tego jeszcze przejdziemy.

Zacznijmy zatem od historii, od momentu, kiedy prezydent Mościcki wraz z rządem opuścił terytorium Polski. Obojętne jak to będziemy oceniać, trzeba powiedzieć, że od tego momentu mamy do czynienia zupełnie z innym sposobem sprawowania urzędu. Władze polskie znalazły się na emigracji a więc poza terytorium, którym rządzą. I z tym zaczęła się wiązać cała gama problemów. W momencie opuszczenia granic przez prezydenta, a następnie internowania tegoż prezydenta, zaszła konieczność wyznaczenia przez niego następcy. Zastosowany został wówczas przepis Konstytucji Kwietniowej. Przepis, który był
w momencie jej uchwalania bardzo krytykowany. I faktycznie patrząc na to z abstrakcyjnego punktu widzenia, przepis ów mógł być krytykowany. Natomiast praktyka pokazała zupełnie co innego, że ten przepis mówiący o wyznaczeniu następcy przez urzędującego prezydenta, okazał się w zasadzie zbawiennym.

Dlatego mianowicie, aby można było kontynuować działalność Polski suwerennej, prezydent Mościcki 27 września [1939] mianował swym następcą Władysława Raczkiewicza. Mówię "mianował Władysława Raczkiewicza", albowiem nie jest to też do końca stwierdzenie prawdziwe. Albowiem przed prezydentem Raczkiewiczem były nominacje dotyczące dwóch osób: marszałka Rydza-Śmigłego i generała Wieniawy-Długoszowskiego. I tutaj z punktu widzenia prawnego, moim zdaniem, nastąpiła pierwsza pomyłka.
Albowiem prezydent Mościcki zaczął stosować zasadę, do której odwoływano się potem jako do tradycji, zasadę, która spowodowała pewne komplikacje. Mianowicie, zaczął stosować zasadę polegającą na tym, że mianował kolejnego następcę nie odwołując poprzedniego. I to spowodowało w późniejszych latach bardzo wiele kontrowersji. Samo mianowanie następcy przez prezydenta Mościckiego było czasami kwestionowane, aczkolwiek głosy kwestionujące były dosyć rzadkie. Mianowicie mówiono, że ze względu na internowanie prezydent miał ograniczoną możliwość swobody decyzji. Jest to oczywista prawda. On nie mógł mianować kogo chciał. On chciał Rydza, o którym wiadomo było, że jest w podobnej sytuacji jak on.

A więc też nie może sprawować urzędu. Chciał mianować Wieniawę, nie wyszło to z bardzo prozaicznej przyczyny. I to warto może wiedzieć, albowiem świadczy to. moim zdaniem, o kolejnym bezprzykładnym ingerowaniu władz zachodnich w sprawy polskie. Wieniawa nie podjął nominacji ze względu na stanowczy sprzeciw Francji i potem Anglii, ale głównie Francji. Sprzeciw ten zresztą był spowodowany działaniami gen. Sikorskiego. Ale to są inne sprawy. W każdym razie w tej sytuacji jaka była, sprzeciw francuski, ingerencja w polskie wewnętrzne sprawy obsady urzędu, moim zdaniem, jest absolutnie karygodna. Wracając jednak do tej całej sprawy mówiącej o braku swobody, możliwości podejmowania decyzji trzeba powiedzieć, że generalnie rzecz biorąc, władze Polski nie zrzekły się nigdy, mimo że chcieli tego Rumuni, wręcz naciskali na to. jak to nazywa się w literaturze - "atrybutów konstytucyjnych, politycznych i administracyjnych". A więc miał ograniczoną możliwość odnośnie do wyboru osób, ale nie miał, nie był ograniczony odnośnie do tego, 'ze mógł to uczynić. Trzeba jednak jeszcze zwrócić uwagę na jedno, że mimo tego, iż była to sprawa absolutnie ewidentna, gdzieś tam w podtekście zawsze zachodziła obawa odnośnie do tego czy jest to faktycznie prawnie w porządku. Świadczy o tym fakt, iż wszystkie dokumenty mianujące następcę prezydenta były datowane przez Mościckiego na terytorium Polski. Każdy był podpisany "Kuty", jako ostatnia miejscowość i data 17 września [1939 r.], dopiero potem nominacja Raczkiewicza była już datowana 27-go. A więc jakaś taka nic pewność w tym zakresie istniała. Aby zamknąć to zagadnienie trzeba jednak podkreślić, że analiza sytuacji prawnej, tak w kontekście polskiego prawa konstytucyjnego jak i prawa międzynarodowego, absolutnie przemawia za utrzymaniem przez Mościckiego, także po internowaniu wszystkich uprawnień konstytucyjnych.

W oparciu o przedstawione rozwiązanie, a więc o takie przekazanie urzędu swemu następcy, po Raczkiewiczu sprawowali kolejno ten urząd jego następcy. A więc: August Zaleski, Stanisław Ostrowski, Edward Raczyński, Kazimierz Sabbat i Ryszard Kaczorowski -jeżeli weźmiemy jedną linię. Jeżeli weźmiemy drugą linię, po Zaleskim, Pan Prezydent Sokolnicki. I tutaj dochodzimy do czegoś, co warto może podkreślić na samym początku. Dzięki tym aktom, obojętne które uznamy za prawidłowe, nie została nigdy przerwana ciągłość konstytucyjna. Zresztą z tego co się orientuję, nawet była taka zasada - biorąc pod uwagę tą pierwszą linię (nie wiem, czy Pan Prezydent też stosował tę zasadę) - że w momencie podpisywania czy składania przysięgi, przed opuszczeniem budynku prezydent dokonywał aktu nominacji swego następcy. Po to po prostu, aby w momencie kiedy wyjdzie za bramę a przejedzie go samochód, czy spadnie na niego cegła - był kolejny następca, aby nie było zerwanej tej ciągłości. I to trzeba przyznać, że tak po prostu powinno być. Ale i tu było zastrzeżenie natury politycznej. Ten sposób obsadzania następcy powodował to, przynajmniej w pierwszym okresie, że dawał ciągłość polityczną ekipie rządzącej przed 1939 rokiem.

W praktyce, jak Państwo się orientujecie, wyglądało to inaczej. Bo praktyka poszła w kierunku zresztą trochę niekonstytucyjnym, ale to już nie należy do naszych zainteresowań. Mianowicie tzw. umowa paryska mówiła o tym, że prezydent sprawuje swe rządy w zasadzie wspólnie z premierem. Do tego by można to sprowadzić, mówiąc najogólniej.

Pierwszy konflikt dotyczący obsady stanowiska prezydenta miał miejsce w momencie objęcia urzędu przez Zaleskiego. Wobec wcześniejszych ustaleń o powierzeniu prezydentury Arciszewskiemu, który został wyznaczony następcą 7 sierpnia 1944 r., przekazanie władzy wywołało bardzo istotny spór dotyczący legalizmu tej władzy. Polska Partia Socjalistyczna uznała bowiem, że nie może współpracować z nielegalnie mianowanym prezydentem. W praktyce, potem ta grupa została rozszerzona o część Polskiego Stronnictwa Ludowego, Stronnictwo Narodowe, Polski Ruch Wolnościowy "Niepodległość i Demokracja".
Oznaczało to w praktyce, krótko mówiąc, rozbicie obozu emigracyjnego na dwa człony bardzo ze sobą wewnętrznie skłócone. Niestety, nie było to najlepsze rozwiązanie. Z punktu widzenia legalizmu istotną decyzją Raczkiewicza jest problem związany z ogłoszeniem nominacji Zaleskiego. Otóż przepisy prawne regulujące ten problem stwierdzają, że nominacja powinna być ogłoszona po przeprowadzeniu konsultacji. Konsultacje te zakończyły się 7 czerwca [1947], a więc już po zgonie Raczkiewicza. Akt wyznaczający
następcę opublikowany został 8-go, a więc także po śmierci prezydenta i antydatowany na 6 czerwca. I tu jest też kolejny element, który pod kątem prawnym nie może być uznany za prawidłowy. Drugim istotnym problemem związanym z objęciem urzędu przez Zaleskiego była kwestia zapisu konstytucyjnego. Przytoczę go dosłownie: "w razie wojny okres urzędowania Prezydenta Rzeczypospolitej przedłuża się do upływu trzech miesięcy od zawarcia pokoju". I w kolejnym podpunkcie znajdujemy stwierdzenie dalsze:
"W razie objęcia przez następcę urzędu Prezydenta Rzeczypospolitej, okres jego urzędowania trwa do upływu trzech miesięcy od zawarcia pokoju". A więc teraz mamy do czynienia z sytuacją zupełnie paradoksalną. Mianowicie, rozpoczyna się okres prezydentury funkcjonującej w ramach międzynarodowego pokoju, ale cały czas w oparciu o zasady przewidziane w konstytucji dla okresu wojny. I to jest też kolejna sytuacja, która powoduje, iż mamy do czynienia z takim dosyć dziwnym tworem. Rodzi się w tym miejscu pytanie, jakie działania powinny być podjęte po upływie owych trzech miesięcy? Odpowiedź na to pytanie może być rezultatem nie tylko analizy i interpretacji przepisów konstytucji, ale w przeważającej mierze jest w literaturze rezultatem ocen politycznych. Aby zrozumieć ten problem dokładniej należy zwrócić uwagę, że znaczna część ugrupowań opozycyjnych, ugrupowań politycznych funkcjonujących także na emigracji, nie uznawała Konstytucji Kwietniowej. Bo my też cały czas o tym zapominamy, że Konstytucja Kwietniowa nie była uznawana przez znaczną część ugrupowań politycznych, albowiem uznana była nie bez pewnej dozy słuszności, za akt prawny uchwalony ze złamaniem zasad proceduralnych. My zresztą mamy w ogóle jakąś taką tendencję do uchwalania konstytucji z takim lekkim naruszeniem zasad prawnych, począwszy od Konstytucji i 3 Maja, idąc dalej . Ewidentną tego konsekwencja, jeżeli byśmy przyjęli, że taka sytuacja jest faktycznie, powinno być nie uznawanie także prezydenta wybranego w oparciu o postanowienia tej konstytucji. Tutaj mamy do czynienia jednak z sytuacją dosyć dziwną. Pewne ugrupowania nie uznają konstytucji, ale na emigracji wchodzą do władz powołanych w oparciu o ową konstytucję. Mało tego, ministrowie z tych ugrupowań podpisują ślubowanie zawarte w tej konstytucji.

A więc występuje pewnego rodzaju taka dosyć dziwna dwoistość. W każdym razie trzeba pamiętać o tym, że uznanie władz londyńskich w tym okresie już było nie tak powszechne. Niektóre środowiska polonijne, opozycyjne w stosunku do Piłsudczyzny występowały przeciwko legalności tych władz. Między innymi Kongres Polonii Amerykańskiej, a także, co się mało akcentuje, Stanisław Mikołajczyk po powrocie z Polski. Należy również pamiętać o tym, to jest bardzo istotny element, że w momencie przejmowania urzędu przez Zaleskiego, władze polskie na obczyźnie uznawało jedynie pięć państw. Z czasem zaś, i te pięć państw po kolei na różnym etapie wycofały swoje uznanie. Wszystko to się oczywiście wiązało z tym, że tutaj równolegle na terenie kraju powstawały władze Polski. Z punktu widzenia politycznego, dla aliantów było bardziej istotne nawiązanie kontaktów z władzami na terenie ziem polskich, niż z emigracyjnymi. Ale trzeba powiedzieć generalnie, że alianci tutaj zachowali - mówię szczególnie o Anglikach, ale też o Amerykanach pewnego rodzaju dwoistość. Z jednej strony wycofano uznanie dla władz emigracyjnych, ale z drugiej strony nic nie zrobiono w tym kierunku, żeby te władze zaprzestały działać. Wręcz przeciwnie, utrzymywano z tymi władzami kontakty, utrzymywano je także wspomagając finansowo. A więc oficjalnie "nie", nieoficjalnie "tak". Tutaj najbardziej decydującą rzeczą było wycofanie uznania dokonanego 5 lipca 1945 roku przez Stany Zjednoczone i Wielką Brytanię, co w zasadzie eliminowało możliwości występowania władz emigracyjnych na arenie międzynarodowej. Na wszystkie sprawy, to jest też taka pewna prawidłowość występująca w całej naszej najnowszej historii ustroju, że na wszystkie sprawy% dotyczące uregulowań prawnych składa się jakby taka druga warstwa, która jest warstwą decydującą. Niestety, warstwa, która jest warstwą typowo polityczną. Przestają obowiązywać dla niektórych pewne uregulowania, ważniejsze są cele i ideały polityczne. I tutaj mamy też do czynienia z taką sytuacją. Mianowicie zaczyna się długi okres urzędowania prezydenta Zaleskiego. Długi okres, albowiem w sumie znacznie przekroczył kadencję, potem drugą kadencję i urzędował spokojnie dalej, mimo iż składał pewne oświadczenia dotyczące zakończenia swojego urzędowania. Argumentacja o przedłużeniu tego urzędowania była. dosyć ciekawa. Mianowicie powiedziano w ten sposób: "urząd następcy prezydenta nie jest uregulowany konstytucyjnie''. Ale oznaczałoby to, gdyby iść tokiem tego rozumowania nadal, że w zasadzie jest to inny urząd niż urząd prezydenta, że przepisy dotyczące urzędu prezydenckiego nie powinny obowiązywać urzędu następcy prezydenta. Jeżeli byśmy takie rozumowanie przyjęli, nie byłoby to rozumowanie chyba celowe. W każdym razie Zaleski takim rozumów a nie m się podpierał Nie podobało się to wszystkim i dlatego też w pewnym momencie wielu bardzo znamienitych działaczy emigracyjnych, wypowiedziało posłuszeństwo prezydentowi. Mówię znamienitych, albowiem na czele nich stał gen. Anders. Dla grupy związanej z gen. Andersem ciągłość prezydentury została zatrzymana, prezydent znalazł się w izolacji. I powstał problem, kto powinien go zastąpić. Pojawiły się koncepcje obwołania głową państwa gen. Sosnkowskiego. On jednak nie wyraził na to zgody uważając, że się powinno to odbyć inną drogą. On lansował taką ideę dotyczącą wymuszenia abdykacji prezydenta przez nacisk społeczny. Ostatecznie przyjęto inne rozwiązanie. Mianowicie, uchwałą Tymczasowej Rady Jedności Narodowej z 8 sierpnia 1954 roku w sposób, trzeba powiedzieć wyraźnie, absolutnie antyk konstytucyjny, powołano do życia tzw. Radę Trzech. Ta Rada Trzech, w skład której obok gen. Andersa w szedł Tomasz Arciszewski i Edward Raczyński (potem ulegała ona jeszcze zmianom) jak to sama określiła, miała charakter "przejściowego organu zwierzchniego" i "zastępczo wystąpiła w prawa i obowiązki prezydenta na obczyźnie'', pozostając w opozycji do "samowoli jednostki niepomnej Konstytucji i uroczystych zobowiązań, lekceważącej jednomyślny głos społeczności polskiej w wolnym świecie". Ogłosiła ona, że obowiązki swoje przekaże w ręce prawowitego prezydenta Rzeczypospolitej, przy czym wskazała z góry kto tym prezydentem powinien być, mianowicie, gen. Sosnkowski. W ten sposób stało się faktem podwojenie emigracyjnych władz Polski. Ale to jeszcze nie jest wszystko. Mianowicie, gdy urząd prezydenta objął Stanisław Ostrowski, Rada Trzech zakończyła swoją działalność przekazując uzurpowane sobie uprawnienia jemu jako prezydentowi. To potwierdza polityczno-personalny charakter frondy. W przypadku wątpliwości prawnych oznaczałoby to odmowę uznania także i następnych prezydentów. Ale prezydent Zaleski skomplikował sprawę w jeszcze jeden sposób. Mianowicie, kilkakrotnie zmieniał decyzję wyznaczającą następcę. I w tym momencie ja się czuję coraz mniej kompetentny, bo tutaj mam do czynienia z osobą, która sama była w wirze tych wydarzeń. W każdym razie, wyznaczył jako jednego ze  swych następców Pana Prezydenta Nowinę-Sokolnickiego. Idąc tym tokiem rozumowania, który do tej pory obowiązywał, oznaczało to w praktyce odwołanie Stanisława Ostrowskiego, który był wcześniej mianowany następcą. A w związku z powyższym, prezydentem oficjalnie winien być Pan Nowina-Sokolnicki. Tutaj niestety mamy do czynienia z tym, co w Polsce jest bardzo częste, a mianowicie z pewnego rodzaju rozbiciem. Grupa tzw. Egzekutywa Zjednoczenia Narodowego obwołała prezydentem Stanisława Ostrowskiego. Część ośrodków~ politycznych uznała prezydenturę Ostrowskiego, część Pana Prezydenta Nowiny-Sokolnickiego. Tutaj mamy do czynienia z bardzo istotną sytuacją. Mianowicie, chyba byliśmy przez parę miesięcy jedynym państwem, które miało generalnie rzecz biorąc równolegle cztery głowy państwa. Bo było dwóch prezydentów emigracyjnych, Rada Trzech i władze w kraju. To trochę za dużo. Ale tak było. Potem Rada Trzech przestała funkcjonować, zaczęło się to nieco zmieniać. W każdym razie sytuacja była dosyć skomplikowana. Kolejna sprawa, na którą warto zwrócić uwagę, to jest sprawa relacji pomiędzy ośrodkami opozycji działającej w Polsce, a władzami emigracyjnymi. Albowiem władze emigracyjne reprezentowane przez Pana Prezydenta Sokolnickiego, w zasadzie były tymi władzami, które w pierwszej fazie były uznawane przez środowiska opozycyjne w Polsce. To, żeby przypomnieć pewne fakty, to prezydent Wałęsa przyjmował Order Orła Białego nadany przez Pana Prezydenta Sokolnickiego, to wielu opozycyjnych działaczy również jeździło do Niego, przyjmowało nadane przezeń odznaczenia. Nie wiem, to już Pan Prezydent będzie wiedział bliżej, na skutek czego w pewnym momencie dokonał się pewien zwrot. W każdym razie jest rzeczą też kuriozalną, że w momencie kiedy przekazywano władzę prezydentowi urzędującemu w Polsce, też zresztą bardzo ciekawe dlaczego dopiero prezydentowi Wałęsie, a nie wcześniej Jaruzelskiemu, który był wybrany w oparciu o przepisy konstytucyjne, Wałęsa, który otrzymał Order od prezydenta Sokolnickiego, przejął insygnia od prezydenta Kaczorowskiego. Mogło to jakoś symbolizować jednolitość, jedność, ale chyba nie o to chodziło. W każdym razie w momencie wyboru prezydenta na terenie Rzeczypospolitej, na terenie ziem polskich, obaj emigracyjni prezydenci przekazali swą władzę w jego ręce. Mówiąc to pomijam fakt, że moim zdaniem, powinno się to dokonać o jednego prezydenta wcześniej, ale z przyczyn politycznych jak rozumiem, nie dokonało się. Przekazanie to dokonane zostało dwoma aktami. Aktem, który moim zdaniem, jest aktem absolutnie zgodnym z konstytucją, tzn. aktem złożonym przez prezydenta Sokolnickiego na ręce przewodniczącego Trybunału Konstytucyjnego prof. Tyczki, gdzie było napisane: z prośbą o przekazanie Marszałkowi Senatu - a więc też zgodnie z konstytucją - władzy w ręce prezydenta, który zostanie wybrany w wyborach powszechnych. Natomiast druga strona, drugi nurt, czekał do momentu kto zostanie wybrany. I dopiero wtedy w zależności od tego, kto zostanie wybrany zdecydowano się na przekazanie tejże władzy, zresztą też w sposób nie bezkonfliktowy, co spowodowało potem rozłam, bo prezydent Kaczorowski zdecydował się na przekazanie tej władzy, natomiast prof. Szczepanik jako premier był temu przeciwny. W każdym razie można powiedzieć, że w momencie kiedy został wybrany Lech Wałęsa prezydentem, wszystkie te nurty emigracyjne również spłynęły i od tego momentu mamy jeden ośrodek prezydencki w Polsce. Dziękuję za uwagę.

[powrót]